Mam swoje lata i wiele już w rękach życia zmieliłem.
Psychosomatologia nie była początkiem tej drogi. Przez długi czas nawet nie wiedziałem, że kiedyś tak nazwę miejsce, z którego patrzę. Zaglądałem do psychologii, bo szukałem narzędzi. Filologia polska przyciągnęła mnie językiem — słowo zawsze było dla mnie czymś więcej niż sposobem przekazywania informacji. Filozofia pozwalała zostać dłużej przy pytaniach o sens, których nie chciałem zbyt szybko zamykać odpowiedzią. Na politechnice dotykałem struktury, rzeczy bardziej technicznych, materialnych, działających albo niedziałających.
Nie są to cztery ukończone kierunki, które chciałbym zawiesić sobie obok nazwiska. Wchodziłem do różnych światów, czasem zostawałem w nich dłużej, czasem wychodziłem, kiedy pytanie prowadziło już gdzie indziej.
Później pojawiły się również studia podyplomowe związane z psychosomatyką, fizykoterapią, neuropsychologią i psychotraumatologią. Nadal szukałem narzędzi. Z czasem jednak coraz bardziej interesowało mnie nie samo narzędzie, lecz to, co przestaje być widoczne, kiedy patrzymy tylko przez jedno z nich.
Może dlatego moje życie również nie bardzo chciało mieścić się w jednej przegródce.
Nauczałem w szkołach. Prowadziłem zajęcia dla studentów. W ramach Europejskiego Funduszu Społecznego przez moje zajęcia przeszło ponad pół tysiąca osób. Bywałem przedsiębiorcą, informatykiem, nauczycielem, wykonawcą, człowiekiem od rzeczy, których akurat trzeba było dotknąć.
Pięknie opętany rozszalałymi myślami i baranim uporem, nawłóczył mnie los po drogach Afryki, Ameryki Północnej, Azji i Europy. I chyba właśnie tam coraz mocniej docierało do mnie, że miękkie fotele nie uczą wiele.
Nie wszystko, czego się uczyłem, przechodziło przez książki.
Malowałem ściany. Remontowałem. Sprzątałem. Ogrodniczyłem. Budowałem i naprawiałem. Zakładałem firmy, sklepy internetowe, szkoły, informatory i portale. Była Szkoła Linuxa. Były www.ostredyzury.pl — bo człowiek potrzebujący pilnej pomocy nie powinien błądzić po mieście, próbując ustalić, gdzie właśnie trwa dyżur. Były www.lekcjemuzealne.pl — bo kiedy temat lekcji istnieje gdzieś naprawdę, można wyjść z nim poza szkolną ławkę. Były kolejne pomysły, urządzenia, rozwiązania, przedsięwzięcia społeczne i rzeczy, które nigdy nie wyszły poza kilka kartek albo szkic. Jedne się udały. Inne zniknęły. Jeszcze inne po latach spotykałem w świecie już bez mojego udziału. Nie wszystkie drogi prowadziły do sukcesu.
I dobrze.
Porażki nauczyły mnie co najmniej tyle samo, co rzeczy doprowadzone do końca.
Dopiero z dużej odległości zacząłem dostrzegać, że te wszystkie rzeczy nie były aż tak osobne, jak wyglądały wtedy, kiedy się wydarzały. Kiedy powstawał portal, nie interesował mnie sam portal. Najpierw coś w istniejącym układzie wydawało mi się niewidoczne albo niepołączone.
Kiedy robiłem płot, trudno było zobaczyć w nim wyłącznie granicę posesji. Stał przecież przy domu, pośród roślin, światła, ludzi, zmieniających się pór roku. Zaczynałem więc na tym płocie rzeźbić opowieść. Płot nadal pozostawał płotem, ale mógł przestać być martwą przegrodą postawioną w miejscu, do którego niczym nie należał.
Podobnie było z samochodem. Samochód mógł pozostać wyłącznie fabrycznym przedmiotem do przemieszczania się. Ale blacha miała linię, powierzchnię, ślady, ruch. Pojawiała się faktura, relief, twarz, rytm. Nadal można było nim jechać. Nie stawał się przez to „dziełem sztuki” wymagającym odebrania mu użyteczności. Po prostu zaczynał mówić trochę innym językiem.
Powstawały maski, lustra, rzeźbione ogrodzenia, obrazy, samochody, przedmioty, którym nieraz trudno było znaleźć jednoznaczną nazwę.
Spełnia mnie dłuto i słowo.
Dłuto bardzo szybko uczy pokory wobec własnego pomysłu.
Drewno ma słój i potrafi pęknąć nie tam, gdzie przewidział człowiek. Blacha ma swoje napięcie. Farba spływa. Śruba nie puszcza. Powierzchnia pod dłonią okazuje się inna niż w spojrzeniu. Ręka wtedy nie tylko wykonuje polecenie głowy. Odbiera odpowiedź świata. Może właśnie dlatego nigdy nie udało mi się całkiem uwierzyć w podział na rzeczy „humanistyczne” i „techniczne”. Mechanik obróbki skrawaniem wie przecież, że materiału nie da się przekonać. Trzeba rozpoznać jego własności, zobaczyć, gdzie ciąć, ile można zdjąć i w którym miejscu własny pomysł zniszczyłby rzecz, którą miał stworzyć.
Z czasem coraz częściej podobną ostrożność zacząłem odnajdywać przy człowieku. Nie wszystko, co mogę zrobić, powinienem zrobić. Nie wszystko, co widzę, jest wezwaniem do działania.
I nie wszystko, co potrafię nazwać, trzeba natychmiast zmieniać. Przez lata obok tych wszystkich rzeczy powstawały również wiersze. Zrobiło się ich ponad pięćset. Sama liczba niewiele jednak mówi. Nie budowałem kariery poetyckiej. Czasem po prostu pojawiało się uchwycenie, które wyrażało się w kilku wersach, obrazie — i trzeba było je gdzieś położyć. Po latach zdarzało mi się odkrywać, że coś zapisane dawno temu w paru linijkach wraca znacznie szerzej w Arytmii (Arytmia życia. Logika paradoksu. Sztuka zgody), później w opowieściach, paradoksach, metaforach, Atlasach (Atlas ról i zawodów, Atlas dynamik regulacyjnych, Atlas wizerunków) czy w rozrastającym się Warsztacie na granicy światów. Jakby słowo wcześniej dotykało czegoś, co dopiero później mogłem obejrzeć z większej odległości. Powstał też słownik neologizmów poetyckich.
Czasem istniejące słowo jest po prostu za ciasne.
Dłuto robi wtedy w materiale coś podobnego do słowa w języku — nie tyle dodaje ozdobę, ile próbuje odsłonić formę, której wcześniej nie było widać.
Dopiero niedawno zobaczyłem, że chyba nie miałem wielu oddzielnych twórczości. Zmieniały się materiały. Ruch pozostawał. Drewno, metal, samochód, słowo, internet, dom, relacja, ciało człowieka — każde wymagało innego dotknięcia.
Jestem ojcem ośmiorga własnych dzieci.
Nie dlatego, że kiedyś zaplanowałem sobie wielodzietną rodzinę. Raczej kiedy pojawiało się życie, przyjmowałem je. Nie wybierałem jego przerwania. Ośmioro dzieci to wystarczająco dużo spotkań z różnicą, żeby ostrożniej używać słowa „wychowanie”. Dzieci mogą mieć tych samych rodziców, jeść przy tym samym stole, mieszkać pod tym samym dachem, słyszeć podobne zdania — a wyrastać zupełnie inaczej. Mogę dziecku stworzyć warunki. Mogę postawić granicę. Mogę być obecny. Coś pokazać. Czegoś zabronić. Mogę popełnić błąd.
Ale nie wiem, kim ono ma zostać. Wraca mi tu obraz lasu i sadu. Drzewo w sadzie jest prowadzone. Przycinane. Oczekuje się od niego określonego plonu. Jego wzrost zostaje podporządkowany owocowi, którego potrzebuje właściciel. Drzewo w lesie również nie jest wolne od świata. Walczy o światło, doświadcza suszy i wiatru, rośnie pomiędzy innymi drzewami, czasem zostaje uszkodzone. Tyle że las nie zamawia u niego właściwego owocu. Nie chcę z góry wiedzieć, jaki owoc ma wydać człowiek.
Przez wiele lat pracowałem również tam, gdzie życie było znacznie mniej spokojne niż las. Długo byłem w środowisku osób uzależnionych. Asystowałem i mediowałem przy procesach rozwodowych. Gasiłem wulkany nienawiści w związkach, rozluźniałem zaciśnięte gniewem pięści mężów. Dobywałem ściśniętych ze studni kryzysów życiowych, uprawiałem terapię filozoficzną i pedagogiczną. Trzymałem tych, którym nagle kończy się droga. Wulkan nie jest tu metaforą wybraną do reklamy gabinetu.
Czasem naprawdę siedzi naprzeciwko mnie dwoje ludzi, którzy już niemal nie słyszą zdań, tylko reagują na każde kolejne słowo jak na uderzenie. Jedno wspomnienie przywołuje następne. Ciało pochyla się do ataku albo odsuwa. Głos rośnie. Pięści się zaciskają.
Można to wpisać w dokumentacji jako „silny konflikt partnerski”. Ja widzę również wulkan. Innym razem ktoś przychodzi z bólem. Albo z bezsennością. Z dzieckiem, które nagle przestało zachowywać się „jak dawniej”. Ze związkiem, który podobno rozpadł się kilka miesięcy temu, choć przy dłuższym spojrzeniu pęknięcie zaczęło się wiele lat wcześniej.
I wtedy coraz trudniej pytać osobno o ciało, psychikę, rodzinę, środowisko czy historię. Człowiek nie przychodzi przecież w kawałkach. Przychodzi całym swoim życiem, nawet kiedy sam widzi tylko jeden jego fragment. Ciało czasem mówi wcześniej niż słowo. Objaw może pokazać coś, czego nie ma jeszcze w opowieści. Rodzina potrafi siedzieć w pokoju razem z człowiekiem, choć żadnego z jej członków fizycznie tam nie ma. I właśnie gdzieś w tym miejscu zaczyna się dla mnie psychosomatologia. Nie jako próba doklejenia psychiki do medycyny. Jeszcze przed tym podziałem. Najpierw jest żywy człowiek: oddycha, śpi, je, rusza się, boi się, szuka bezpieczeństwa, pozostaje w więzi, reaguje na otoczenie. Jest dzieckiem zanim nauczy się słowa „dzieciństwo”. Należy do rodziny zanim potrafi opowiedzieć historię rodziny. Jego ciało odpowiada światu wcześniej, niż będzie umiało wytłumaczyć, na co odpowiada.
Dopiero później rozcinamy tę całość na osobne nazwy: ciało, psychika, emocja, zachowanie, rodzina, objaw, choroba, charakter. Nauczyłem się patrzeć: jak to było ze sobą związane, zanim zaczęliśmy to rozdzielać? Dlatego coraz mniej interesuje mnie pytanie: „co mam zrobić z tym człowiekiem?” Nie mam gotowego człowieka, do którego miałbym go doprowadzić. Nie uczę również szerokiego widzenia. Mogę czasem dostrzec kawałek pola, który pozostaje poza jego aktualnym widokiem, i powiedzieć: tu jest jeszcze coś. Możesz spojrzeć. Możesz nie patrzeć. Może będzie Ci to potrzebne. Może nie.
Nie każdy musi wchodzić na wzgórze tylko dlatego, że z góry widać więcej. Zresztą samo zobaczenie również nie musi od razu prowadzić do czynu. Przez dużą część życia widzenie bardzo szybko uruchamiało u mnie działanie: widziałem brak — wchodziłem; nie było rozwiązania — próbowałem je stworzyć; czegoś brakowało — odpowiadałem. Dzisiaj pomiędzy „widzę” a „robię” coraz częściej istnieje trochę miejsca. Można coś zobaczyć i nie ingerować. Można pozostać. Można jedynie udostępnić widok. Spotkani po drodze.
Przez lata trafiałem też na ludzi, przy których czasami pojawiała mi się myśl: tak, on też tutaj był. Nie oznacza to, że są moimi mistrzami ani że z ich myśli zbudowałem własne widzenie. Nieraz najpierw przez lata coś obserwowałem, a dopiero później znajdowałem człowieka, który z całkiem innej strony dotarł w okolice podobnego pytania. Dlatego nie widzę ich jak bibliografii. Bardziej jak konstelację spotkań.
U Irvina D. Yaloma spotykam miejsce, w którym metoda nie może zasłonić człowieka siedzącego naprzeciwko.
Martin Buber zatrzymuje mnie przy tym, co może wydarzyć się pomiędzy. Dwie osoby nie muszą stać się jednością przez zlanie ani jedna nie musi uczynić drugiej przedmiotem własnego ruchu.
Janusza Korczaka spotykam przy dziecku. Nie przy przyszłym człowieku, którego trzeba dopiero właściwie wyprodukować, ale przy człowieku, który już jest.
Do Jerzego Grotowskiego dochodzę z zupełnie innego pomieszczenia, ale rozpoznaję coś znajomego tam, gdzie ciało, obecność i zdejmowanie kolejnych warstw formy zaczynają znaczyć więcej niż poprawne odegranie roli.
U Carla Gustava Junga spotykam człowieka większego od tej części własnej historii, którą potrafi świadomie o sobie opowiedzieć.
Maurice Merleau-Ponty jest blisko tam, gdzie ciało przestaje być przedmiotem, który człowiek „ma”, a staje się sposobem, w jaki w ogóle jest obecny w świecie.
Przy Eugene Gendlinie rozpoznaję to szczególne miejsce, w którym ciało już coś wie, choć słowo jeszcze do tego nie doszło.
Gregory Bateson spotyka mnie przy relacji, wzorcu, kontekście — tam, gdzie pojedynczy element niewiele wyjaśnia bez układu, w którym istnieje.
Donald Winnicott pojawia się przy pytaniu, czy można stworzyć warunki wzrostu bez wcześniejszego wymyślenia tego, co ma wyrosnąć.
Humberto Maturana i Francisco Varela prowadzą w stronę żywego organizmu, którego nie sposób sensownie oglądać poza jego relacją ze środowiskiem.
Przy Heinzu von Foersterze pojawia się obserwator, który nie stoi niewinnie poza tym, co obserwuje.
Gaston Bachelard przypomina, że dom nie kończy się na powierzchni użytkowej, ścianach i metrach. Jest przestrzenią zamieszkaną.
A Tim Ingold przychodzi bardzo blisko dłoni — tam, gdzie tworzenie nie polega na brutalnym zmuszaniu materiału do wykonania projektu, lecz również na słuchaniu tego, co materiał robi z ręką.
Te miejsca przecięcia mamy już rozsiane od filozofii dialogu, przez fenomenologię ciała, pedagogikę, cybernetykę i systemy, aż po antropologię materiału. Nie tworzą jednej szkoły. Nie muszą się ze sobą zgadzać. Nie muszę zgadzać się z nimi we wszystkim. Każdy przyszedł z innej strony.
Czasem tylko okazuje się, że przez chwilę patrzymy na podobny fragment krajobrazu. Może dlatego również w pracy nie umiem pozostać wierny jednej metodzie bardziej niż człowiekowi. Zaglądam przez soczewki egzystencjalne, psychosomatyczne, systemowe, transgeneracyjne, filozoficzne. Czasem coś wnosi ciało. Czasem historia rodzinna. Czasem jedno zdanie. Czasem sposób, w jaki człowiek siedzi, oddycha albo milczy. Metoda może być użyteczna. Ale kiedy zaczyna wymagać, żeby człowiek zmieścił się w niej cały, przestaje mnie interesować.
Jeżeli więc szukasz jednej ortodoksyjnej drogi, która z góry wie, przez jakie kolejne punkty powinieneś przejść, prawdopodobnie nie umawiajmy się na współpracę. Nie wiem, kim powinieneś zostać. Nie wiem również, jaki owoc powinieneś wydać. Mogę być przy Tobie i patrzeć na to, co rzeczywiście się pojawia. Czasem coś zobaczę. Czasem Ty zobaczysz coś, czego ja nie widzę. A czasem można po prostu przez chwilę zostać przy pytaniu. Jedno z nich wraca do mnie ostatnio wyjątkowo często — przy dziecku i rodzicu, człowieku i jego ciele, dwojgu ludzi, dłoni i materiale, domu i tym, kto ma w nim zamieszkać:
jak to, co odrębne, może być razem, nie przestając być sobą?
Być może właśnie z tego miejsca patrzę dziś najczęściej.